Fred [*]


żył:   czerwiec 2002 - listopad 2005
maść:   Tchórz
włos:   Stand



Cudowny tchórzyk, który trafił do nas w 2002 roku i
zapoczątkował wspólne życie z tymi futrzakami.
Fred pochodził z Grabówek- miejsca smutnego i brudnego,
do którego nigdy więcej nie pojadę ...
Przynieśli go nam w transporterku wyłożonym sianem, z przykazem, żeby go jakieś 2 dni nie wypuszczać i nie dotykać...
Oczywiście miałam to w nosie;) po przyjeździe do domu nastąpiło wielkie hulaj dusza, piekła nie ma, a zakupiona przez nas samiczka okazała się chłopczykiem;)
Fred był fretką dziką, nienauczoną obcowania z człowiekiem- jego wychowanie i oduczenie gryzienia zajęło nam rok- warto było poświęcić swoje ręce i sporo czasu?.
Został wykastrowany dopiero przy drugiej rujce, w 2004 roku- nigdy później nie spotkałam tak intensywnie pachnącego samca;)
Był to zwierzak, który czekał pod drzwiami na nasz powrót, potrafił doskonale wyczuć nasze nastroje, nieraz dostosowując swoje zachowanie do nich, chodził przy nodze bez smyczki, miał swój ukochany pieniek w parku, który uważał za swoją norkę (nigdy nie zapomnę czekania na mrozie, aż z niego wyjdzie, bo akurat zachciało mu się tam zdrzemnąć;), potrafił psocić ile wlezie, czy też obrazić się na nas, jak mu coś nie pasowało.
W 2004 roku dołączyła do niego Kluska- Fred na początku panicznie się jej bał i uciekał na samo jej spojrzenie, ale potem się z nią bardzo zaprzyjaźnił i był cudowną nianią dla jej maluchów.
W 2005 roku na wiosnę niestety zaczął mieć problemy ze zdrowiem.
Zaczęło się od zwykłego przeziębienia, które co chwilę nawracało.
W wakacje pojawiły się chwilowe problemy z nerkami, stany zapalne, z którymi walczyliśmy ponad miesiąc i pierwsza zapaść...
Już nam się wydawało, że w końcu opanowaliśmy to wszystko, Fred zaczął się ożywiać, więcej jeść, powolutku przybierać na wadze... Niestety na początku listopada znowu zachorował, prawdopodobnie zaraził się rota wirusem- dzielnie walczył przez równy tydzień, choć nie miał siły się nawet podnieść...
pojawiły się zapaści, z ostatniej z nich nie udało mu się wyjść i zasnął nad ranem...
podczas jego choroby zobaczyłam, co to jest miłość między zwierzakami- pozostałe fretki starały się nim cudownie opiekować, co chwilę do niego zaglądały i na zmianę ogrzewały własnym ciałkiem, potem bardzo długo go szukały...
Fred był z nami krótko, ale nauczył mnie bezwarunkowej miłości do tych zwierząt.
Był fretką jedyną w swoim rodzaju i nigdy go nie zapomnę...